C. k. Dezerterzy

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza

Warszawa 1988

Stron 382

 

Spis treści:

 

Od autora

Politycznie podejrzany

Swój między swymi

Lekcje cesarsko-królewskiego patriotyzmu

Nocne alarmy pana oberlejtnanta

Hymn ludów

Samobójstwo oberlejtnanta

Nowy oberlejtnant

W obozie jeńców włoskich

Oberlejtnant i ordynans

Poskromienie cesarsko-królewskiego patrioty

Śledztwo

Inspekcja

Zemsta Baldiniego

Na dezerterskim szlaku

W Koszycach

Podróż

W Budapeszcie

Do Grazu

Katastrofa

Promocja na weterynarzy

Stacja zabłąkanych dusz

Superrewizja

Finis Austriae

Słowniczek


Książka dostępna:

C. k. Dezerterzy

 

Audiobook:

C. k. Dezerterzy - czyta Wiktor Zborowski

Kazimierz Sejda

Po krótkim wyszkoleniu w kadrze pewnego galicyjskiego pułku piechoty zostałem wysłany na front włoski. Kółka POW, złożone z b. legionistów wszystkich brygad, którzy zostali wcieleni do oddziałów austriackich, działały sprawnie i sprężyście. Po kilku dniach pobytu na froncie zostałem doskonale poinformowany o tym, w jaki sposób mam się dostać do Santa Maria di Vettere Capua, gdzie tworzą się oddziały polskie. Na sposobność czekałem niedługo. W jednym zwariowanym ataku pod Udine pragnąłem, wraz z dwoma towarzyszami, za wszelką cenę dostać się do hańbiącej niewoli. Niestety, spotkał nas zawód, Reduta, do której pędziliśmy jak szaleni, została jeszcze w nocy opuszczona przez Włochów, którzy pozostawili w niej tylko kilku zabitych. Nie było ani jednego bodaj ciężko rannego, który by nas mógł wziąć do niewoli. A byliśmy gotowi nieść nawet takiego na rękach, byleby nas tylko "chwycił".

Na początku wojny przydzielili mnie do szkoły żandarmerii, gdzie skończyłem kurs. A skończyłem go psim swędem, bo do tej służby wcale zapału nie miałem. Łapaczem być? Nie, moi panowie. Bić się z Moskalami mogę, z Serbami też, ale polować na bliźniego? Nie. Na wykładach spałem jak zarżnięty i nie mogli sobie ze mną poradzić. "Was, człowieku, ojciec pewno przez sen zrobił - mówił do mnie komendant kursu - śpicie jak bóbr". Bardzo im się to moje spanie nie podobało, ale że się raz na jakiejś inspekcji jeden pułkownik uparł, że muszę być żandarmem, bo mam marsowy wygląd, machnęli ręką. Spałem teraz bezpieczniej i kichałem na pana rotmistrza. Jak pan oberst powiedział że muszę być żandarmem, to i tak będę. I dobrzem wykombinował. Kiedy mi na końcu komendant uroczyście dawał świadectwo, pokiwał głową: "Jesteście - powiada - największym kretynem, jakiego te mury gościły od początku swojego istnienia, Lajos Szökölön. Gdyby to ode mnie zależało, kazałbym was nabić w armatę i w dniu imienin Najjaśniejszego Pana wystrzelić w powietrze, a co by spadło na ziemię, oblałbym naftą i podpalił, a popiół na rozstajnych drogach rozsypał. Gratuluję". Był zwyczaj, że każdemu absolwentowi musiało się obowiązkowo podać rękę i gratulować. Podszedł do mnie mój oberlejtnant, dowódca plutonu. "Skończyliście kurs, Lajos Szökölön - powiada - i obawiam się, że odkąd nałożyliście odznaki, nasza sławna żandarmeria zyska opinię najwięcej bałwańskiego rodzaju wojska. Jesteście hańbą żandarmerii. Gratuluję". Trzeci dużo nie gadał. "Przykro mi - powiada - że nie mogę w tej uroczystej chwili trzepnąć was w ten głupi pysk. Gratuluję." Tak samo gratulowali mi podoficerowie-instruktorzy.

Nie słyszeli nawet terkotania karabinów maszynowych, które obsługiwane przez specjalne oddziały, posuwały się z tyłu i raziły ogniem próbujących uciekać, aby uniknąć pewnej śmierci na przodzie. Niejednokrotnie cały oddział lub cały odcinek linii bojowej wybuchał naraz diabelskim wyciem, zagłuszanym przez orkiestrę grającą hymn dla podniesienia nastroju. Ludzie szaleli masowo; sanitariusze musieli staczać z nimi walki, zanim zdołali ich uspokoić i odprowadzić na tyły do punktów opatrunkowych, gdzie lekarze stosowali gwałtownie usypiające zastrzyki, po których wariaci dostawali wymiotów i z zawrotem głowy pędzeni byli z powrotem na linię bojową, gdzie, nic nie widząc, ginęli od razu. Żniwo śmierci było obfite; naprędce wykopane groby zapełniane były nie pojedynczymi żołnierzami, ale schwärmweise - po kilkunastu i kilkudziesięciu. W oblany wapnem dół układano porozrywanych na strzępy, pokurczonych nieboszczyków, nieraz w oplotach własnych kiszek, nieraz bez głów, rąk i nóg, nieraz bezkształtne miazgi, w których nie można było nawet rozpoznać człowieka, i zasypywano je naprędce, ponieważ oddziały grabarzy nie miały czasu.

23 maja 2025
Kappenabzeichen MIT GOTT FÜR KAISER UND VATERLAND 1914-1916 LIR 32

K. k. Landwehr-Infanterie-Regiment Neu-Sandec Nr. 32

K. k. Landwehr-Infanterie-Regiment

Neu-Sandec Nr. 32

Kappenabzeichen MIT GOTT FÜR KAISER UND VATERLAND 1914-1916 Schützen Regiment 32

Copyright © Grzegorz Liberacki All Rights Reserved

Maschinengewehr Schwarzlose M.07/12